Wywiad z artystą: Kasia Tobor

Wywiad z artystą: Kasia Tobor

Kolejny wywiad z artystą przede mną. Tym razem moim gościem jest Kasia Tobor, którą obserwuję od dawna na Instagramie i podziwiam jej rozwój, pomysły i energię! Kasia tworzy przepiękną biżuterię z żywicy!

Jak godzi prowadzenie działalności i wychowywanie dzieci? Dlaczego zmieniła branżę? Skąd czerpie energię?

Wszystkiego dowiecie się, czytając ten artykuł! Zapraszam!

  1. Kim jest Kasia Tobor?

    Kasia Tobor to młoda duchem kobieta, która stara się wplatać swoje marzenia w otaczającą rzeczywistość. Wie, co chce osiągnąć, ale nie bardzo wie jak 🙂 Szuka na nowo siebie w codzienności. W macierzyństwie i rękodziele.

  2. Jak zaczęła się Twoja przygoda z żywicą?

    Bardzo szybko. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Trafiłam na robioną z żywicy biżuterię. Wiedziałam, że muszę spróbować, bo to jest to. Widziałam już w głowie kształty i kolory. Kwiaty i brokaty. Śniło mi się po nocach zalewanie. Na samą myśl moje serce biło szybciej i czułam, że muszę się za to wziąć, bo inaczej oszaleję z tej miłości! Zanim jednak zaczęłam, dużo czytałam, oglądałam i edukowałam się z różnych źródeł, zarówno polskich jak i zagranicznych, by jak najwięcej wiedzieć, a później już jakoś poszło.

    Uwielbiam łączyć kolory. W czasach liceum bardzo dużo malowałam – pozwalało mi to złapać równowagę między codziennością a troskami dorastającej kobiety. Był to mój sposób na odreagowanie. Jestem bardzo emocjonalną osobą, dużo myślę, dużo płaczę i wieloma sprawami się przejmuję, więc szukałam czegoś, co zajmie moje myśli. Później, pracując na etacie i studiując, biegałam. Ale jakoś nie do końca było to dla mnie. Wtedy mało tworzyłam, a bardzo mi tego brakowało. Cieszę się, że po latach mogłam wrócić do takiej formy spędzania czasu ze sobą i czuję się człowiekiem na swoim miejscu 🙂

  3. Kasiu, jestem z Tobą na Instagramie od bardzo dawna i wiem, że zaczynałaś sprzedaż od innych produktów. Opowiedz o czasach, kiedy profil miał nazwę Moje Szydełkowe (jeśli dobrze pamiętam ;)) i przede wszystkim powiedz mi, dlaczego postanowiłaś zmienić zajęcie?

    To prawda, zaczynałam swoją przygodę jako Moje Szydełkowe. Choć wcześniej robiłam bardzo dużo innych rzeczy.
    Dziergać nauczyła mnie Babcia i ta forma spędzania czasu przypominała mi o Niej, gdy odeszła. Będąc w pierwszej ciąży założyłam profil na IG właśnie o nazwie Moje Szydełkowe. Dzierganie czapek, rękawiczek, torebek czy plecaków było moim ogromnym hobby. Odprężało mnie totalnie. Nie wiedziałam jednak, z czym się wiąże macierzyństwo, ale czułam, że coś swojego będzie mi w tym czasie potrzebne.  Zdałam się więc na intuicję. Mogłam dziergać przy małej Klarze, tworzyć i wymyślać w swoim tempie, bez żadnej presji. Snuć plany i trzymać się marzeń. Rozwijać się.

    Nie chciałam wracać na etat, więc postanowiłam założyć firmę. Złożyłam wnioski o dofinansowanie na rozpoczęcie działalności. I udało się. Otworzyłam działalność czwartego czerwca, a szóstego dowiedziałam się, że jestem w drugiej ciąży 🙂
    Dziewięć miesięcy udało mi się przetrwać, jednak gdy urodziła się Helenka, to było dla mnie za dużo. Nie chciałam tracić firmy i tego, co zbudowałam. To były moje małe sukcesy, które trzymały mnie mocno w pionie. Zaczęłam szukać czegoś, co pozwoli mi pogodzić wychowywanie dwójki dzieci z domowymi obowiązkami i da mi poczucie równowagi. No i się przebranżowiłam 🙂

  4. Widziałam, że wszystko robisz sama – łącznie z opakowaniami, które są pięknie ozdobione. Nie łatwiej by było zlecić komuś produkcję kartoników do biżuterii? 😉

    Pewnie, że łatwiej i na pewno szybciej! 😀
    Ale lubię sobie myśleć, że ile mam tyle dam. Tak też traktuje swoje rękodzieło. To nie tylko sam produkt a całokształt. Pakowanie, rysowanie, wycinanie wizytówek i etykiet – sprawia mi to ogromną radość, a jeszcze większą, gdy dostaję wiadomości zwrotne z podziękowaniami.
    To miód na moje serce, motor napędowy i przede wszystkim informacja, że to co robię ma sens.

    biżuteria ręcznie robiona

    Fot. Ola Wilczek

  1. Przyznam szczerze, że ja należę do tych kobiet, które nie noszą zbyt często biżuterii, a mimo to znam chyba cały Twój asortyment, bo widać, że wkładasz dużo serca w to, co robisz! Skąd czerpiesz inspiracje?

    Staram się czerpać z tego, co mam wokół. Moje inspiracje pochodzą z prostych, codziennych spraw. Ze spacerów, z kolorów kredek, piosenek, podmuchów wiatru, śpiewu ptaków, zieleni traw, często też od moich dzieci, ale przede wszystkim z chmur i nieba… Kocham i zachwycam się odkąd pamiętam.

  2. Muszę zadać to pytanie – skąd młoda mama ma w sobie tyle energii? Obserwując Twój profil nie można nie zauważyć wiecznego uśmiechu na twarzy!

    Cieszę się, że tak to widzisz! To chyba najtrudniejsze pytanie, bo nie zawsze tak jest 🙂 obok tego uśmiechniętego życia instagramowego jest normalne, bez filtra, w którym zaraz obok radości i uniesień są smutki, żale, tęsknoty i złości.  Często powtarzam, że jestem szczęściarą, człowiekiem na swoim miejscu i to daje mi poczucie spełnienia, ogromnej wdzięczności. Uważam, że najważniejsi są ludzie, którzy nas otaczają. To dzięki nim na co dzień nam się chce. Nawet uśmiechać 🙂
    Nie wyobrażam sobie świata bez mojego Jakuba, który wspiera mnie we wszystkim co robię, dopinguje, motywuje i jest, gdy tego potrzebuję.

    No i IG! Poznałam tutaj dobre dusze, które wspomogą słowem czy komentarzem, więc nie sposób się do nich nie uśmiechać!

  3. Co poradziłabyś osobie, która chce zacząć tworzyć własne produkty, a nie wie od czego zacząć?

    Poradziłabym, by najpierw poczytać, pooglądać jak się to robi, jak zadbać o własne zdrowie w trakcie tworzenia, co zrobić, gdy żywica się zagotuje… Przygotować się, by nie zrobić sobie ani bliskim krzywdy 🙂
    Jest dużo grup, tutoriali, sporo kont, które pokazują co i jak. Myślę, że oprócz praktyki ważna jest przede wszystkim wiedza teoretyczna. Z płynną żywicą nie ma żartów. To bardzo niebezpieczna substancja, od której można się poważnie potruć.
    Aktualnie rynek z biżuterią z żywicy się rozrasta. Warto się też zastanowić, co chce się robić 🙂 bo przecież nie chodzi o kopiowanie innych twórców, a szukanie siebie w tym wszystkim 🙂

  4. Jakie masz plany związane ze swoją marką?

    Moje plany? To mem „Confused Travolta”.
    Chciałabym w końcu skończyć sklep internetowy, ogarnąć etsy czy pinteresta. Prężniej ruszyć na Facebooku, na youtubie (choć bardzo się wstydzę!) albo po prostu się wyspać.
    Liczę na to, że gdy moje dzieci pójdą do przedszkola, to ja zyskam trochę więcej czasu i przestrzeni dla siebie – wtedy przysiądę i coś porobię.
    Mam nadzieję ogarnąć to wszystko może jak pójdą na studia? 🙂
    Śmieje się 🙂
    Planowanie przy moich dzieciach to jeden wielki żart, dlatego staram się łapać dystans i nie nastawiać.
    Zobaczymy co będzie 🙂

  5. Czy jest coś, co chciałabyś przekazać czytelnikom „kakałowego” bloga?

    Chciałabym powiedzieć, że warto gonić za marzeniami, nawet jak się czujemy starzy i jesteśmy dzieciaci. Wtedy nawet chyba powinno się gonić. Ale nie tak po dorosłemu. Bo zdziadziejemy. Mówię Wam. Dorosłość jest fajna, gdy kosztujemy jej jak dzieci 🙂

  6. Powiedz proszę, na koniec, gdzie można Cię znaleźć?

    Znaleźć mnie można głównie na Instagramie o nazwie @kasiatobor 🙂

    Anetko! Bardzo Ci dziękuję za zaproszenie! Ściskam serdecznie! 🙂

biżuteria ręcznie robiona

Fot. Ola Wilczek

Mam nadzieję, że nasza rozmowa Wam się podobała i wynieśliście z niej tyle dobrej energii, ile się da udźwignąć! 🙂

Koniecznie dajcie znać, czy rozmowa podobała się Wam tak jak mi!

Pięknego dnia, kiedykolwiek ją czytacie!

Aneta

Co mam w plecaku?

Co mam w plecaku?

Co mam w plecaku?

I dlaczego nie w torebce?

Macie tak, że – mimo dojrzałości i doświadczenia życiowego – wierzycie w jakąś rzecz usłyszaną w dzieciństwie tak mocno, że się od niej nigdy nie uwolnicie? No ja tak mam. Mimo tego, że jako dziecko byłam raczej dojrzalszą emocjonalnie osóbką w porównaniu z rówieśnikami. Nawet czasem nazbyt poważną przez co często słyszałam, że wyglądam na starszą! O zgrozo! I to często aż o dwa lata! Wyobrażacie to sobie? Powiedzieć ośmiolatce, że wygląda na dziesięciolatkę? Tak staro! Dzieci to nie mają zahamowań!

No więc kiedyś coś usłyszałam (COŚ w tym wypadku oznacza: „jak będziesz chodzić z plecakiem na jednym ramieniu to będziesz krzywa!”) to wierzyłam w to bezgranicznie! No nie chciało się to zdanie ode mnie odczepić i od tamtej pory zawsze pilnowałam się, żeby plecak nosić na obu ramionach.

Kiedy już dorosłam do noszenia torebek, nosiłam je raz na jednym ramieniu, raz na drugim. Nie tylko dlatego, że bałam się o swoje proste plecy, ale dlatego, że nosiłam w nich tak dużo rzeczy, że najzwyczajniej w świecie ramiona bolały jak diabli! Wiecie, nowa szkoła, więc trzeba było się pokazać, a plecak nie był pożądanym dodatkiem do super stylizacji. (Oczywiście, że przesadzam z tą „super stylizacją”, ale wtedy tak patrzyłam na to, w co się ubierałam).

blogerka

Minęło kilka lat, a wśród znajomych jestem raczej znana z połączenia Aneta-plecak niż Aneta-torebka.

Oczywiście nie chodzi tu o plecaki sportowe czy trekkingowe, a o takie bardziej modne, takie fashion, takie co to nie powstydziłaby się ich żadna modowa influenserka 😉

To nie jest tak, że torebek w ogóle nie lubię. Podchodzę do tego dodatku jednak tak praktycznie, że prawie żadna nie spełnia moich oczekiwań. Nie mogłabym mieć np. torebki Chanel na łańcuszku, bo bałabym się, że łańcuch wplącze mi się we włosy – a w nie wszystko da się wplątać. Kopertówki natomiast to dla mnie zło, bo cały czas ma się przy nich zajęte ręce, no i nic się do nich nie mieści. Nie wiem jak te wszystkie celebrytki pozujące na ściankach funkcjonują!

Mam jedną małą ulubioną torebkę, pasującą do zdecydowanej większości moich ubrań. Mam też małą czarną na specjalne okazje (czyli używam jej średnio raz w roku). Ale na co dzień wolę plecaki, których mam z 5. Nie jest to duża liczba, ale dla mnie wystarczająca, gdyż wszystkie są tak uniwersalne, że nie mam problemu z dobraniem ich do outfitu.

blog lifestylowy

Także jeśli jesteście ciekawi, co w plecaku piszczy, to już wymieniam:

– telefon, portfel, wielki pęk kluczy – pewnie nikogo nie dziwi!

– ładowarka do telefonu – często ładuję telefon w aucie,

– 3-4 szminki – wszystkie o podobnych odcieniach, ale różnych wykończeniach, bo raz mam ochotę na mat, raz na winyl, a raz na połysk,

– konturówka do ust – zawsze ta sama, bo ja bez konturówki nie umiem ładnie pomalować ust i zazdroszczę wszystkim dziewczynom, które to potrafią!

– około 5 gumek do włosów – u mnie z gumkami jest jak u niektórych ludzi ze skarpetkami w praniu – potrafię zgubić gumkę, którą miałam przed chwilą na głowie… Czary!

– gumy do żucia – nie chcę ludziom chuchać obiadem 😉

– tabletki przeciwbólowe – częściej je rozdaję niż sama zażywam, ale przezorny zawsze ubezpieczony,

– paragony! mnóstwo paragonów! – zawsze wrzucam do torebki, bo przecież na świecie nie ma koszy na śmieci 😉

– słuchawki do telefonu – po co? nie wiem! jeżdżę autem, więc jak już muszę rozmawiać to używam trybu „głośnomówiący”, muzyki słucham z radia, a poza drogą rozmawiam przez telefon trzymając go przy uchu. Zawsze mam plan słuchać muzyki kiedy jadę rowerem, ale jak już wyjdę na rower, rozmawiam z innymi ludźmi, którzy ze mną jadą 😀

wpis lifestylowy

Lista nie jest długa, bo nie lubię zbędnego balastu – paragony na szczęście są lekkie.

Ale często zapominam o włożeniu do torebki rzeczy, które są bardziej przydatne od słuchawek:

– chusteczek higienicznych – mam pochowane po wszystkich szufladach w mieszkaniu – jakby w domu były mi niezbędne do funkcjonowania, ale do torebki ich włożyć nie potrafię…

– okularów przeciwsłonecznych – może brakować mi płynu do spryskiwaczy, skrobaczki do szyb, zapachowej choinki, ale w aucie nie może zabraknąć okularów! Nie cierpię jak mnie słońce razi kiedy prowadzę! Problem w tym, że auto to nie plecak i nie można go mieć zawsze przy sobie.

– pomadki nawilżającej – kolorówki mam, ale pomadki ochronne notorycznie z torebek wyciągam, a gdy braknie tu i teraz to kupuję nową i w efekcie na toaletce mam ich milion,

– lusterka (nigdy nie wiem jak wyglądam – no chyba, że jadę autem :D), pilniczka (na szczęście zawsze znajdzie się jakaś dobra dusza, która życie moje i mojego złamanego paznokcia uratuje), torby na zakupy (szewc bez butów chodzi – robię je, ale na zakupy nie noszę…).

Oczywiście, zdarzyło się, że w plecaku miałam nóż do tapet, potargane rajstopy, czy pionki z jakiejś planszówki. Jestem kobietą, więc jak prawdziwa kobieta – czasem sama siebie zaskakuję 😉

Ale lubię to!

Aneta

Historia nazwy Zatkało Kakało

Historia nazwy Zatkało Kakało

Zatkało KakaŁo – historia pewnej nazwy

Są lata 90′ ubiegłego wieku. Do drzwi puka grupka dzieciaków. „Dzień dobry, czy A. może wyjść z domu, żeby się z nami pobawić?”. „Tak, wyjdzie za 10 min” – słyszą w odpowiedzi. Po 15-20 min (kto by na to zwracał uwagę!) wszystkie dzieci z bloku stoją na suchej wydeptanej ziemi i patykami rysują swoje domy. Domy, które przez chwilę staną się ich własnymi domami. W których każdy – mimo 6-10 lat – będzie dorosły. Każdy będzie miał rodzinę. Każdy będzie miał pracę, która będzie po prostu pracą (zawód nikomu nie robi różnicy, bo w pracy będą przez chwilę). W domu Jeden dzieciak będzie miał swoje własne biuro, drugi – osobno pokój dzienny i osobno sypialnię – jak w zagranicznych filmach. „A ja będę miała pokój gościnny z samymi łóżkami. Wszyscy goście będą spać w jednym pokoju razem. No co… Nie wpadli byście na to! Zatkało kakao?”.
Innym razem te same dzieciaki siedzą na ławce odpoczywając po grze „w nogę”. „Nie siadaj na piłce, bo się zrobi jajo!”. Wygrali chłopcy, ale oszukiwali. Wiedzieli jak podstawiać haka dziewczynom, żeby te się przewracały tuż przed piłką. Jedna ma nawet strupa na kolanie po poprzednim meczu, dlatego teraz stała na bramce.
Najstarszy z nich dostał od rodziców 50 groszy i kupił oranżadę w szklanej butelce. „Daj łyka” – usłyszał od kolegi. – „Nie, chyba że przeskoczysz przez te trzy kwadraty” – odpowiadający wskazuje płyty chodnikowe. Spragniony kolega podejmuje próbę. Hop! Udało mu się! „I co? Zatkało Kakao?”

Zatkało Kakało

Około 20 lat później

Grupka znajomych rozmawia o biznesach, swoich firmach, pracy zawodowej. Zastanawiają się, co jest na topie. Co ma wartość. Co interesuje innych. Po wielu mądrościach zmieniają temat. Teraz zainteresowania: fotografia, rowery, muzyka, dzierganie. Co? Dzierganie? Ktoś to jeszcze robi?
Nauczyłam się jak byłam małą dziewczynką. Jakiś czas temu postanowiłam sobie przypomnieć jak to się robi. Idzie mi całkiem nieźle. I sprawia nieziemską frajdę!
„Kiedyś to były czasy, nie?” – Znajomi widzą w swoich głowach wspomnienia. Przypominają sobie zabawki: Tamagotchi, sztuczne pająki, którymi straszyło się dziewczyny z klasy, klik-klaki (drogi czytelniku, jeśli nie wiesz co to jest, wytłumaczę na końcu 😉 ).
Później przysmaki: „Pamiętacie soki w worku ze słomką? Teraz jakbyśmy pokazali to nastolatkowi to by nas wyśmiał! Zwykły zalaminowany worek!”. „Albo Vibovit – czy w ogóle ktoś to kiedyś rozpuścił w wodzie?”
„Najlepsze były hasła dzieciństwa: Masz do mnie jakieś wonty?”.”Dam się karnąć, ale nie zmieniaj przerzutek”. „Albo zatkało kakao!”
Tak, zatkało kakao padało często. Zbyt często żeby zapomnieć. Formułka, która sprawia, że na buzi pojawia się uśmiech. A uśmiechać się każdy lubi. Wspominać także. A jeśli to sprawia, że na sercu robi się cieplej, że jest tak po prostu miło – trzeba to wykorzystać. Stworzyć miejsce, do którego ludzie będą zaglądać z uśmiechem. Które będzie sprawiać, że człowiek odpocznie. Bez przytłaczających wiadomości, za to ze świadomością dobrej zabawy.

Mam nadzieję, że mi się to uda!

Uśmiechnij się!
Aneta

PS. Klik- klaki to taki rodzaj zabawki (już w tym miejscu wiem, że będzie mi to trudno wytłumaczyć, więc proszę – jeśli zrobię to źle – sprawdźcie w google. Albo zróbcie to nawet jesli uznacie, że wiecie na czym to polega – nie uwierzycie, że się tym bawiliśmy). Zabawka ta składała się z dwóch kulek połączonych ze sobą sznurkiem, a po środku tego sznurka najczęściej było kółeczko z otworem na palec. Zabawa polegała na trzymaniu kółeczka i machaniu dłonią w górę i w dół by kulki odbijały się od siebie raz nad dłonią, raz pod nią. Mistrzem była osoba, która robiła jak najwięcej „kliknięć” za jednym razem, uważając żeby kulki nie obiły nam dłoni (były bardzo twarde i to bolało!).