Są lata 90′ ubiegłego wieku. Do drzwi puka grupka dzieciaków. „Dzień dobry, czy A. może wyjść z domu, żeby się z nami pobawić?”. „Tak, wyjdzie za 10 min” – słyszą w odpowiedzi. Po 15-20 min (kto by na to zwracał uwagę!) wszystkie dzieci z bloku stoją na suchej wydeptanej ziemi i patykami rysują swoje domy. Domy, które przez chwilę staną się ich własnymi domami. W których każdy – mimo 6-10 lat – będzie dorosły. Każdy będzie miał rodzinę. Każdy będzie miał pracę, która będzie po prostu pracą (zawód nikomu nie robi różnicy, bo w pracy będą przez chwilę). W domu jeden dzieciak będzie miał swoje własne biuro, drugi – osobno pokój dzienny i osobno sypialnię – jak w zagranicznych filmach. „A ja będę miała pokój gościnny z samymi łóżkami. Wszyscy goście będą spać w jednym pokoju razem. No co… Nie wpadli byście na to! Zatkało kakao?”.
Innym razem te same dzieciaki siedzą na ławce odpoczywając po grze „w nogę”. „Nie siadaj na piłce, bo się zrobi jajo!”. Wygrali chłopcy, ale oszukiwali. Wiedzieli jak podstawiać haka dziewczynom, żeby te się przewracały tuż przed piłką. Jedna ma nawet strupa na kolanie po poprzednim meczu, dlatego teraz stała na bramce.
Najstarszy z nich dostał od rodziców 50 groszy i kupił oranżadę w szklanej butelce. „Daj łyka” – usłyszał od kolegi. – „Nie, chyba że przeskoczysz przez te trzy kwadraty” – odpowiadający wskazuje płyty chodnikowe. Spragniony kolega podejmuje próbę. Hop! Udało mu się! „I co? Zatkało Kakao?”

Około 20 lat później

Grupka znajomych rozmawia o biznesach, swoich firmach, pracy zawodowej. Zastanawiają się, co jest na topie. Co ma wartość. Co interesuje innych. Po wielu mądrościach zmieniają temat. Teraz zainteresowania: fotografia, rowery, muzyka, dzierganie. Co? Dzierganie? Ktoś to jeszcze robi?
Nauczyłam się jak byłam małą dziewczynką. Jakiś czas temu postanowiłam sobie przypomnieć jak to się robi. Idzie mi całkiem nieźle. I sprawia nieziemską frajdę!

„Kiedyś to były czasy, nie?” – Znajomi widzą w swoich głowach wspomnienia. Przypominają sobie zabawki: Tamagotchi, sztuczne pająki, którymi straszyło się dziewczyny z klasy, klik-klaki (drogi czytelniku, jeśli nie wiesz co to jest, wytłumaczę na końcu 😉 ).
Później przysmaki: „Pamiętacie soki w worku ze słomką? Teraz jakbyśmy pokazali to nastolatkowi to by nas wyśmiał! Zwykły zalaminowany worek!”.”Albo Vibovit – czy w ogóle ktoś to kiedyś rozpuścił w wodzie?”
„Najlepsze były hasła dzieciństwa: Masz do mnie jakieś wonty?”.”Dam się karnąć, ale nie zmieniaj przerzutek”. „Albo zatkało kakao!”

Tak, zatkało kakao padało często. Zbyt często żeby zapomnieć. Formułka, która sprawia, że na buzi pojawia się uśmiech. A uśmiechać się każdy lubi. Wspominać także. A jeśli to sprawia, że na sercu robi się cieplej, że jest tak po prostu miło – trzeba to wykorzystać. Stworzyć miejsce, do którego ludzie będą zaglądać z uśmiechem. Które będzie sprawiać, że człowiek odpocznie. Bez przytłaczających wiadomości, za to ze świadomością dobrej zabawy.

Mam nadzieję, że mi się to uda!
Uśmiechnij się!
Aneta

PS. Klik- klaki to taki rodzaj zabawki (już w tym miejscu wiem, że będzie mi to trudno wytłumaczyć, więc proszę – jeśli zrobię to źle – sprawdźcie w google. Albo zróbcie to nawet jesli uznacie, że wiecie na czym to polega – nie uwierzycie, że się tym bawiliśmy). Zabawka ta składała się z dwóch kulek połączonych ze sobą sznurkiem, a po środku tego sznurka najczęściej było kółeczko z otworem na palec. Zabawa polegała na trzymaniu kółeczka i machaniu dłonią w górę i w dół by kulki odbijały się od siebie raz nad dłonią, raz pod nią. Mistrzem była osoba, która robiła jak najwięcej „kliknięć” za jednym razem, uważając żeby kulki nie obiły nam dłoni (były bardzo twarde i to bolało!).